środa, 22 kwietnia 2015

Szycie w stylu vintage



Ta "singerka" jest rówieśniczką stołu z wpisu okołowielkanocnego. Była częścią wyprawy mojej Babci. W latach 30-tych poprzedniego wieku każda szanująca się pani domu musiała umieć szyć. Starsza siostra Babci skończyła nawet kursy w tym zakresie. Babcia podpatrywała siostrę i doszła do niemałej wprawy. Jednego tylko nie lubiła: kroić materiału. Gotowych wykrojów nie było, trzeba było samemu kombinować. W latach 60-tych w EMPiK-u pojawiły się Burdy (wtedy jeszcze tylko niemieckojęzyczne). Dziadek zaczął je kupować, a moja Mama, już wtedy dwudziestolatka, wzięła na siebie przykrawanie. Babcia specjalizowała się w wykańczaniu (np. dziurki na guziki wykańczane materiałem). Szycie nabrało rozpędu: sukienki, spódniczki, żakieciki, bolerka. W latach 60-tych i 70-tych nosiła je moja Mama, w latach 90-tych ja.

Maszyną byłam zafascynowana od najmłodszych lat, ale dopiero jako nastolatka zostałam dopuszczona do zgłębiania jej tajników. Jest ich niemało, a wszystkie świadczą o ogromnej staranności, z jaką kiedyś robiło się wszystkie przedmioty.
Zacznijmy od początku. Maszyna może służyć za stolik, gdyż cały mechanizm da się schować i przykryć klapką. 


Żeby ją otworzyć trzeba przekręcić mały hebelek z tyłu, wtedy klapka się unosi.


Zdejmujemy ją, unosimy drugą, węższą część i bez trudu wyjmujemy mechanizm.






Klapkę wieszamy z boku, podpieramy schowanym pod blatem wspornikiem i w ten sposób powiększamy powierzchnię, na której rozkładamy akcesoria do szycia.



 

 Maszyna szyje dzięki pedałowi (żeby szew był równy a nitka się nie rwała, trzeba równo pedałować, co na początku nie jest proste).


Pedał połączony jest z kołem, na który naciągnięty jest rzemienny pasek, łączący owe większe koło z mniejszym z boku maszyny. Gdy maszyna jest schowana, pasek musi być zdjęty. Zdejmuje się go odchylając w bok taką oto dźwigienkę i wykonując jeden obrót.


Ale to dopiero na zakończenie szycia. Teraz jesteśmy na początku. Zaczynamy od nawinięcia nitki, która będzie na spodzie, na małą szpuleczkę. Służy do tego sprytny mechanizm po prawej strony maszyny.



Szpuleczki mają dziureczki, które muszą trafić na milimetrowy kołeczek, potem już tylko pedałujemy, a nitka w cudowny sposób, równomiernie nawija się na szpuleczkę (tak powinno być w teorii, niestety mechanizm jest już wysłużony, nawinął kilometry nici i muszę dociskać szpuleczkę palcem, żeby się kręciła).



Nitka nawinięta, możemy włożyć szpuleczkę do kasetki po lewej stronie, a nić ze szpulki właściwej nawlec w odpowiedni sposób.

Początkowo wydawało mi się, że nigdy nie zapamiętam, jak nitka powinna przechodzić, ale teraz nawet się nad tym nie zastanawiam, weszło mi to w rękę: górny haczyk, owinąć wokół kółka, górna dziurka, dolna dziurka, haczyk z boku, obręcz przy igle i do uszka z lewej strony (tak na marginesie, mimo, że jestem zdecydowanie praworęczna, nawlekanie igły jest jedyną czynnością, którą potrafię równie dobrze zrobić zarówno prawą, jak i lewą ręką, też tak macie?)

Teraz wykonujemy delikatnie jeden obrót kółkiem zamachowym, tak, by nitka z góry "zabrała" nitkę z dołu i przeciągnęła ją przez otworek. Zasuwamy klapkę i wreszcie można zacząć szyć.



Z ciekawszych elementów maszyny trzeba jeszcze koniecznie wymienić łańcuszek podtrzymujący dolną osłonę mechanizmu podczas szycia (żeby nie obijał się o kolana) oraz...






szufladkę na różne skarby potrzebne podczas szycia. Nazbierało się tego przez te ponad   siedemdziesiąt lat.

 

W głębi szufladki spoczywa cała kolekcja różnych przystawek, które nigdy nie były używane. Jakoś nikt nie miał ochoty zgłębiać do czego służą. Mama wspomina, że zawsze przy szyciu czas naglił (kreacja była potrzebna na już), prościej było więc używać jednej igły i stopki. Nie wiem, czy była jakaś instrukcja, w której wytłumaczono by, co jest co. Teraz próżno już jej szukać. A może ktoś wie, do czego służą poszczególne elementy i mógłby mi wyjaśnić? Będę bardzo wdzięczna i obiecuję, że spróbuję ich użyć.


Mam nadzieję, że za bardzo Was nie znudziłam tą przydługą historią mojej maszyny, ale cieszę się nią na nowo, bo została przetransportowana do mojego pokoju (wcześniej stała w sypialni u Mamy). Mam ją na wyciągnięcie ręki, mogę w każdej chwili otworzyć i coś uszyć. Prawdę powiedziawszy dość długo tego nie robiłam. Ale z szyciem jest jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina.


PS Nie wiem, jak się to dzieje: na podglądzie wszystko jest mniej więcej tak, jak bym chciała (ułożenie zdjęć, akapity), a po publikacji wszystko się "rozjeżdża". Może kiedyś się nauczę, jak ładnie sformatować wpis, na razie wybaczcie niedociągnięcia.

1 komentarz:

  1. Pomyśleć, że i w moim domu stał kiedyś taki Singer. Nie mogę uwierzyć, że trafił na śmietnik, bo rodzice nie docenili tego skarbu.
    Cudownie, że Twój się zachował, w dodatku przechodził z pokolenia na pokolenie :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę i za miłe słówko :)