niedziela, 1 listopada 2026

12 kolorów. Szary

Listopad nieodparcie kojarzy się z szarością. Szare chmury na szarym niebie. Szary mokry asfalt. Szare mgły o poranku. Wczesna szarówka po południu. Szaruga jesienna. Nic więc dziwnego, że na listopad przypadł kolor szary. Tę szarość jednak zamierzam przełamywać rozbłyskami innych kolorów. Na dobry początek w przedsionku. Zaczęłam od wyjęcia dwóch lnianych serwetek.

Na tej okrągłej postawiłam świecę, która kiedyś była fioletowa. Całe lato stała w ogrodowej altance i wypłowiała od słońca, zyskując bardzo ładny szary odcień. 

Do dwóch ozdobnych buteleczek nasypałam szarych kamyczków, którymi mam wysypane ścieżki w ogrodzie, a których resztek używam jako drenaż do doniczek.

Dwa większe szare kamyki są pamiątką bodajże ze Spitsbergenu, ale na sto procent pewna nie jestem.

Do szarosrebrnego wazonu włożyłam najpierw zeszłoroczny zasuszony  bukiet hortensji, ale nie do końca pasował mi do całości. Nawet go nie sfotografowałam. Zamiast tego z wczorajszego porannego spaceru przyniosłam trochę bylicy, traw i zasuszonego rzepaku lub czegoś rzepakopodobnego.


Zamiast wiklinowego wianuszka lniane serduszko.

Zrobiło się bardzo szaro,...

 ... więc koniecznie trzeba było dodać kroplę koloru.

Kolorowe liście lecą z drzew i część z nich wylądowała na szafce w moim przedsionku.

Listopadowe pozdrowienia :)

sobota, 31 października 2026

Pomarańczowy październik


Pomarańczowy październik zaczęłam od komponowania stosiku książkowego. W domu znalazłam pomarańczowe wspomnienia Fiodora Szalapina, które dostałam na zakończenie edukacji w Ognisku Muzycznym w 1990 roku! W wieku nastoletnim nie interesowały mnie biografie, wspomnienia czy pamiętniki. Książka stała cierpliwie na półce, aż doczekała się lektury. Pomarańczową okładkę mają kolejne sztuki Szekspira w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, a także, częściowo, "Ciężkie norwidy" i jedna z części "Lunchbox-u na każdy dzień". Z biblioteki przyniosłam trzy pozycje. 


W pierwszych dniach października kończyłam jeszcze jedną fioletową lekturę, a potem sięgnęłam po "Dusię Duszyczkę" z fioletowo-pomarańczowymi chmurami na okładce i w ten sposób przeszłam płynnie z fioletowego września w pomarańczowym październik. "Dusię" dostałam tradycyjnie od jej Autorki. W podziękowaniu zmajstrowałam kartkę w pomarańczowej tonacji.



Nie wszystkie książki udało się przeczytać. Nie ugotowałam wybranych potraw z "Lunchboxu na każdy dzień". "Ciężkie norwidy" przekładam w całości na listopad. Z "Mechanicznej pomarańczy" chyba jednak zrezygnuję.

W pierwszym dniu października dekorowałam przedsionek i inne zakamarki domu. 


Przedsionek fotografowałam jeszcze kilkukrotnie. Najpierw oświetlony październikowym, czasami bardzo ostrym słońcem.



Potem po powrocie z wieczornego spaceru, gdy świecąca dynia rzucała drobne błyski na ścianę.


Pomarańczowych materiałów robótkowych, nie było za dużo, ale parę moteczków włóczek i mulin się znalazło. Do tego kawałek żółto-pomarańczowego materiału i kilka wstążeczek. 


Efekty działań robótkowych to po pierwsze dziesiąty kolor w igielniku.


Potem dość długo powstawał Dyniowy Skrzat. 


I jeszcze na koniec pomarańczowa podkładka, w sam raz pod pomarańczową filiżankę kupioną specjalnie na październikowe herbatki pomarańczowe.




W pierwszą październikową sobotę rozłożyłam na kuchennym stole pomarańczowe produkty spożywcze. 


Królowała oczywiście dynia, z której natychmiast ugotowałam zupę, dodając do niej batat - wyszło bardzo smakowicie. Pieczone bataty oraz marchewki towarzyszyły niedzielnemu łososiowi.


Planowałam pomarańczowy obiad na drugą październikową niedzielę, ale zaproszenie na spaghetti alla carbonara od mojego bratanka spowodowało zmianę planów. Pomarańczowy na stole i nie tylko był Dzień Nauczyciela.


Oprócz tego w październiku do śliwek pod kruszonką, które okazały się hitem tej jesieni dodawałam trochę skórki pomarańczowej. 


Metodą prób i błędów na motywach tego przepisu opracowałam swoją własną recepturę jesiennego deseru: około kilograma śliwek, szklanka mąki owsianej, szklanka pszennej, szklanka cukru trzcinowego, 3/4 kostki masła i garść płatków migdałowych. Zagnieść, wyłożyć na śliwki, ewentualnie posypane odrobiną słodyczy fiołkowej i garstką skórki pomarańczowej. Zapiekać w temperaturze 200 stopni ok. 45min. Mniam!


To właśnie te śliwki pod kruszonką, jedzone w towarzystwie Dyńka były podstawą spontanicznego jesiennego mini-pikniku.


Spacerując pod koniec września po Wilczych Dołach doszłam do wniosku, że wbrew pozorom (jesień kojarzy się z żółciami i pomarańczami) może wcale nie być łatwo ze znajdowaniem pomarańczowych motywów fotograficznych. Na szczęście się pomyliłam. Już w pierwszą sobotę października wschodzące słońce zabarwiło niebo na różowo-pomarańczowo, a aparat wyłapał przede wszystkim pomarańcze. Pomarańczowych listków też nie brakowało, choć raz były bliższe czerwieni, a raz żółci.


Tydzień później nie było już tak łatwo. Słońce za chmurami, wiatr targający roślinki, oranże przytłumione.


W kolejną sobotę kiepskie samopoczucie uniemożliwiło poranny spacer, udało się za to pójść na Wilcze Doły w niedzielę po południu. Prawdziwa złota polska jesień podświetlona słońcem wydobyła całą feerię pomarańczowych odcieni.


W czwartą październikową sobotę słońce próbowało się przedrzeć przez chmury, ale udało mu się tylko zabarwić je na pomarańczowo-różowo.


Na ostatnim październikowym spacerze niektóre pomarańczowe elementy na zdjęciach zostały zaaranżowane.


Jeśli chodzi o pomarańczową kreację poprzestałam na zeszłorocznym stroju dyniowym.


Pomarańczowy film okazał się taki sobie, choć zakończenie można nawet uznać za dość mądre.

źródło grafiki: https://upflix.pl/film/zobacz/orange-county-2002

I wreszcie na koniec miesiąca mój pomarańczowy grudnik postanowił przedzierzgnąć się w październiczka i pokazać pierwsze pomarańczowe kwiaty, a kapryśne jesienne słońce zaświeciło specjalnie, żebym mogła go sfotografować w odpowiednim oświetleniu.


Pomarańczowe pozdrowienia :)

Pomarańczowe Wilcze Doły (5)

niedziela, 25 października 2026

Dyniek w Szwajcarii

Mniej więcej raz w miesiącu umawiam się na leśny spacer z moją przyjaciółką z lat licealnych. Mieszka ona w niewielkiej miejscowości i las ma na wyciagnięcie ręki. Tym razem jednak postanowiłyśmy zmienić miejsce spaceru i odwiedzić tzw. Szwajcarię Rachowicką. Jest tam niedługa ścieżka edukacyjna, wijąca się po pagórkach, urozmaicona mostkami, schodkami i tarasikami widokowymi. W pięknej jesiennej scenerii dotleniłyśmy się, a potem zasiadłyśmy pod wiatą na mini-piknik. Nieoczekiwanie z koszyka piknikowego wyskoczył pomarańczowy skrzacik w zielonej czapeczce, który, jak później się okazało, nazywa się Dyniek.

Marzył mi się większy jesienny piknik z pełnowymiarowym pomarańczowym menu, ale jakoś nie udało się go zorganizować. Zadowoliłam się spontanicznie zapieczonymi dzień wcześniej śliwkami pod kruszonką, do których dorzuciłam troszkę skórki pomarańczowej. Do tego krem jogurtowy z dodatkiem soku z pomarańczy, plasterki świeżej pomarańczy oraz zielona herbata z suszonymi kawałkami pomarańczy i płatkami nagietka.

Dyniek dzielnie nam towarzyszył, a po powrocie do domu zażyczył sobie jeszcze zdjęć z dyniami w przedsionku.

Na stole, na obrusie haftowanym w pomarańczowe kwiatki.

Na stoliku obok koszyka z zasuszonymi już wrzosami.

I wreszcie przy zestawie pomarańczowych książek.

Wczoraj Dyniek był ze mną na Wilczych Dołach.

Pomarańczowe pozdrowienia od Dyńka :)