Żółty maj zaczęłam już w ostatnim tygodniu kwietnia od wizyty w ogrodnictwie. Miałam zamiar kupić jakąś jedną żółtą roślinkę doniczkową do przedsionka, a wyszłam z całym zestawem, który postawiłam w ogrodzie przed domem.
Pod koniec kwietnia odwiedziłam też bibliotekę w celu skompletowania żółtego stosiku książkowego. Prezentuje się dość okazale. Na pierwszy ogień poszły "Ołowiane dzieci", których żółto-czarna okładka (szkoda, że z białym grzbietem) wpadła mi w oko w bibliotece już w połowie kwietnia. Nie przeczę, że serialowy hit (sądząc po internetowych recenzjach - sama jeszcze nie widziałam) skłonił mnie do sięgnięcia po tę pozycję, jednak są jeszcze inne powody. Moja babcia wychowała się na Targowisku, a tata w pobliżu, tak więc dochodzą jeszcze sentymenty rodzinne. Wśród sztuk Szekspira wydanych przez wydawnictwo "W drodze" aż trzy mają żółte okładki. Dwie z nich miałam, trzecią wyszperałam w antykwariacie internetowym. Do tego trzy książki z żółcią w tytule. Wszystkie przeczytałam z zainteresowaniem.
Zestaw żółtych produktów spożywczych zakupiony przed majówką, sfotografowałam od razu w pierwszy jej dzień.
Miał posłużyć do przygotowania kolacji urodzinowej, niestety wirus, który pozbawił mnie głosu wymusił zmianę planów. Żółte okazały się Zielone Świątki.
Wśród żółtych materiałów robótkowych znalazły się dwie żółte tkaniny, z których miałam zamiar uszyć fartuszek kuchenny (jednak się nie udało), trochę muliny, wstążek, włóczki i koronki, a także zaczęty bieżnik z resztek mulin.
Wykorzystałam je po pierwsze do zrobienia prezentu urodzinowego - czekoladownika z kieszonkami na karty podarunkowe.
Powstała również żółta podkładka pod kubek, która okazała się idealna pod karafkę z winem.
Nie miałam żadnych żółtych elementów stroju z wyjątkiem małej apaszki. Potraktowałam to jako pretekst do zakupów. Sukienka w żółte kwiatki wymagała małych poprawek krawieckich i już myślałam, że odłożę to na wakacje, ale pomysł koleżanki, że w ostatni poniedziałek maja przychodzimy do pracy w sukienkach zmobilizował mnie do otwarcia maszyny do szycia.
Do sukienki dokupiłam bawełnianą sweterko-bluzkę, którą nosiłam w zestawie ze spodniami lub spódnicą i wspomnianą żółto-pomarańczową apaszką.
Na Wilczych Dołach rzucającą się w oczy żółcią były po pierwsze kaczeńce rosnące wzdłuż Wójtowianki. Rozkwitły już w kwietniu, więc w pierwszą majową sobotę, to one wraz z dorodnym mniszkiem stanowiły główny składnik zdjęciowego kolażu.
Tydzień później sfotografowałam omiegi w różnym stadium kwitnienia oraz jednego żółtego kuklika.
W kolejną sobotę miałam zamiar zająć się łanami rzepaku, ale okazało się, że padający przez cały tydzień deszcz mocno przerzedził powoli przekwitające kwiatki. Rzepak został zastąpiony wilczomleczem.
Czwarta majowa sobota to jaskry i łubin, a ostatnia różne gatunki posłonków i żółte kosaćce.
Na spacery zabierałam żółte koktajle, tym razem samodzielnie skomponowane.
W jeden z majowych wieczorów przypomniałam sobie bezbrzeżnie smutny "Żółty szalik" z Januszem Gajosem.






























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za wizytę i za miłe słówko :)