Mniej więcej raz w miesiącu umawiam się na leśny spacer z moją przyjaciółką z lat licealnych. Mieszka ona w niewielkiej miejscowości i las ma na wyciagnięcie ręki. Tym razem jednak postanowiłyśmy zmienić miejsce spaceru i odwiedzić tzw. Szwajcarię Rachowicką. Jest tam niedługa ścieżka edukacyjna, wijąca się po pagórkach, urozmaicona mostkami, schodkami i tarasikami widokowymi. W pięknej jesiennej scenerii dotleniłyśmy się, a potem zasiadłyśmy pod wiatą na mini-piknik. Nieoczekiwanie z koszyka piknikowego wyskoczył pomarańczowy skrzacik w zielonej czapeczce, który, jak później się okazało, nazywa się Dyniek.
Marzył mi się większy jesienny piknik z pełnowymiarowym pomarańczowym menu, ale jakoś nie udało się go zorganizować. Zadowoliłam się spontanicznie zapieczonymi dzień wcześniej śliwkami pod kruszonką, do których dorzuciłam troszkę skórki pomarańczowej. Do tego krem jogurtowy z dodatkiem soku z pomarańczy, plasterki świeżej pomarańczy oraz zielona herbata z suszonymi kawałkami pomarańczy i płatkami nagietka.
Dyniek dzielnie nam towarzyszył, a po powrocie do domu zażyczył sobie jeszcze zdjęć z dyniami w przedsionku.
Na stole, na obrusie haftowanym w pomarańczowe kwiatki.
Na stoliku obok koszyka z zasuszonymi już wrzosami.
I wreszcie przy zestawie pomarańczowych książek.
Wczoraj Dyniek był ze mną na Wilczych Dołach.
Pomarańczowe pozdrowienia od Dyńka :)










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za wizytę i za miłe słówko :)