Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2026

Pomarańczowy październik


Pomarańczowy październik zaczęłam od komponowania stosiku książkowego. W domu znalazłam pomarańczowe wspomnienia Fiodora Szalapina, które dostałam na zakończenie edukacji w Ognisku Muzycznym w 1990 roku! W wieku nastoletnim nie interesowały mnie biografie, wspomnienia czy pamiętniki. Książka stała cierpliwie na półce, aż doczekała się lektury. Pomarańczową okładkę mają kolejne sztuki Szekspira w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, a także, częściowo, "Ciężkie norwidy" i jedna z części "Lunchbox-u na każdy dzień". Z biblioteki przyniosłam trzy pozycje. 


W pierwszych dniach października kończyłam jeszcze jedną fioletową lekturę, a potem sięgnęłam po "Dusię Duszyczkę" z fioletowo-pomarańczowymi chmurami na okładce i w ten sposób przeszłam płynnie z fioletowego września w pomarańczowym październik. "Dusię" dostałam tradycyjnie od jej Autorki. W podziękowaniu zmajstrowałam kartkę w pomarańczowej tonacji.



Nie wszystkie książki udało się przeczytać. Nie ugotowałam wybranych potraw z "Lunchboxu na każdy dzień". "Ciężkie norwidy" przekładam w całości na listopad. Z "Mechanicznej pomarańczy" chyba jednak zrezygnuję.

W pierwszym dniu października dekorowałam przedsionek i inne zakamarki domu. 


Przedsionek fotografowałam jeszcze kilkukrotnie. Najpierw oświetlony październikowym, czasami bardzo ostrym słońcem.



Potem po powrocie z wieczornego spaceru, gdy świecąca dynia rzucała drobne błyski na ścianę.


Pomarańczowych materiałów robótkowych, nie było za dużo, ale parę moteczków włóczek i mulin się znalazło. Do tego kawałek żółto-pomarańczowego materiału i kilka wstążeczek. 


Efekty działań robótkowych to po pierwsze dziesiąty kolor w igielniku.


Potem dość długo powstawał Dyniowy Skrzat. 


I jeszcze na koniec pomarańczowa podkładka, w sam raz pod pomarańczową filiżankę kupioną specjalnie na październikowe herbatki pomarańczowe.




W pierwszą październikową sobotę rozłożyłam na kuchennym stole pomarańczowe produkty spożywcze. 


Królowała oczywiście dynia, z której natychmiast ugotowałam zupę, dodając do niej batat - wyszło bardzo smakowicie. Pieczone bataty oraz marchewki towarzyszyły niedzielnemu łososiowi.


Planowałam pomarańczowy obiad na drugą październikową niedzielę, ale zaproszenie na spaghetti alla carbonara od mojego bratanka spowodowało zmianę planów. Pomarańczowy na stole i nie tylko był Dzień Nauczyciela.


Oprócz tego w październiku do śliwek pod kruszonką, które okazały się hitem tej jesieni dodawałam trochę skórki pomarańczowej. 


Metodą prób i błędów na motywach tego przepisu opracowałam swoją własną recepturę jesiennego deseru: około kilograma śliwek, szklanka mąki owsianej, szklanka pszennej, szklanka cukru trzcinowego, 3/4 kostki masła i garść płatków migdałowych. Zagnieść, wyłożyć na śliwki, ewentualnie posypane odrobiną słodyczy fiołkowej i garstką skórki pomarańczowej. Zapiekać w temperaturze 200 stopni ok. 45min. Mniam!


To właśnie te śliwki pod kruszonką, jedzone w towarzystwie Dyńka były podstawą spontanicznego jesiennego mini-pikniku.


Spacerując pod koniec września po Wilczych Dołach doszłam do wniosku, że wbrew pozorom (jesień kojarzy się z żółciami i pomarańczami) może wcale nie być łatwo ze znajdowaniem pomarańczowych motywów fotograficznych. Na szczęście się pomyliłam. Już w pierwszą sobotę października wschodzące słońce zabarwiło niebo na różowo-pomarańczowo, a aparat wyłapał przede wszystkim pomarańcze. Pomarańczowych listków też nie brakowało, choć raz były bliższe czerwieni, a raz żółci.


Tydzień później nie było już tak łatwo. Słońce za chmurami, wiatr targający roślinki, oranże przytłumione.


W kolejną sobotę kiepskie samopoczucie uniemożliwiło poranny spacer, udało się za to pójść na Wilcze Doły w niedzielę po południu. Prawdziwa złota polska jesień podświetlona słońcem wydobyła całą feerię pomarańczowych odcieni.


W czwartą październikową sobotę słońce próbowało się przedrzeć przez chmury, ale udało mu się tylko zabarwić je na pomarańczowo-różowo.


Na ostatnim październikowym spacerze niektóre pomarańczowe elementy na zdjęciach zostały zaaranżowane.


Jeśli chodzi o pomarańczową kreację poprzestałam na zeszłorocznym stroju dyniowym.


Pomarańczowy film okazał się taki sobie, choć zakończenie można nawet uznać za dość mądre.

źródło grafiki: https://upflix.pl/film/zobacz/orange-county-2002

I wreszcie na koniec miesiąca mój pomarańczowy grudnik postanowił przedzierzgnąć się w październiczka i pokazać pierwsze pomarańczowe kwiaty, a kapryśne jesienne słońce zaświeciło specjalnie, żebym mogła go sfotografować w odpowiednim oświetleniu.


Pomarańczowe pozdrowienia :)

niedziela, 31 maja 2026

Żółty maj

Żółty maj zaczęłam już w ostatnim tygodniu kwietnia od wizyty w ogrodnictwie. Miałam zamiar kupić jakąś jedną żółtą roślinkę doniczkową do przedsionka, a wyszłam z całym zestawem, który postawiłam w ogrodzie przed domem. 


Po miesiącu kwiatków zdecydowanie przybyło.


Po begonię stanowiącą element dekoracji przedsionkowej pojechałam osobno.

Pod koniec kwietnia odwiedziłam też bibliotekę w celu skompletowania żółtego stosiku książkowego. Prezentuje się dość okazale. Na pierwszy ogień poszły "Ołowiane dzieci", których żółto-czarna okładka (szkoda, że z białym grzbietem) wpadła mi w oko w bibliotece już w połowie kwietnia. Nie przeczę, że serialowy hit (sądząc po internetowych recenzjach - sama jeszcze nie widziałam) skłonił mnie do sięgnięcia po tę pozycję, jednak są jeszcze inne powody. Moja babcia wychowała się na Targowisku, a tata w pobliżu, tak więc dochodzą jeszcze sentymenty rodzinne. Wśród sztuk Szekspira wydanych przez wydawnictwo "W drodze" aż trzy mają żółte okładki. Dwie z nich miałam, trzecią wyszperałam w antykwariacie internetowym. Do tego trzy książki z żółcią w tytule. Wszystkie przeczytałam z zainteresowaniem.

Zestaw żółtych produktów spożywczych zakupiony przed majówką, sfotografowałam od razu w pierwszy jej dzień. 

Miał posłużyć do przygotowania kolacji urodzinowej, niestety wirus, który pozbawił mnie głosu wymusił zmianę planów. Żółte okazały się Zielone Świątki.



I jeszcze szybki sobotni obiad: makaron z passatą z żółtych pomidorów i parmezanem.

Wśród żółtych materiałów robótkowych znalazły się dwie żółte tkaniny, z których miałam zamiar uszyć fartuszek kuchenny (jednak się nie udało), trochę muliny, wstążek, włóczki i koronki, a także zaczęty bieżnik z resztek mulin.

Wykorzystałam je po pierwsze do zrobienia prezentu urodzinowego - czekoladownika z kieszonkami na karty podarunkowe. 

Powstała również żółta podkładka pod kubek, która okazała się idealna pod karafkę z winem.



Na planowanym bieżniku przybyło zdecydowanie mniej niż bym chciała żółtych motywów (ale coś to nieskończenie więcej niż nic :)


W gazetce z wzorami amigurumi Jej Wysokość Żaba miała za towarzyszkę Kaczuszkę. Kaczuszka przysiadła przy stosiku książkowym.


Dwunastokolorowy igielnik wzbogacił się o żółcie.

Nie miałam żadnych żółtych elementów stroju z wyjątkiem małej apaszki. Potraktowałam to jako pretekst do zakupów. Sukienka w żółte kwiatki wymagała małych poprawek krawieckich i już myślałam, że odłożę to na wakacje, ale pomysł koleżanki, że w ostatni poniedziałek maja przychodzimy do pracy w sukienkach zmobilizował mnie do otwarcia maszyny do szycia.

 

Do sukienki dokupiłam bawełnianą sweterko-bluzkę, którą nosiłam w zestawie ze spodniami lub spódnicą i wspomnianą żółto-pomarańczową apaszką.

Na Wilczych Dołach rzucającą się w oczy żółcią były po pierwsze kaczeńce rosnące wzdłuż Wójtowianki. Rozkwitły już w kwietniu, więc w pierwszą majową sobotę, to one wraz z dorodnym mniszkiem stanowiły główny składnik zdjęciowego kolażu. 

Tydzień później sfotografowałam omiegi w różnym stadium kwitnienia oraz jednego żółtego kuklika. 

W kolejną sobotę miałam zamiar zająć się łanami rzepaku, ale okazało się, że padający przez cały tydzień deszcz mocno przerzedził powoli przekwitające kwiatki. Rzepak został zastąpiony wilczomleczem. 

Czwarta majowa sobota to jaskry i łubin, a ostatnia różne gatunki posłonków i żółte kosaćce.


Na spacery zabierałam żółte koktajle, tym razem samodzielnie skomponowane.

   

 

W jeden z majowych wieczorów przypomniałam sobie bezbrzeżnie smutny "Żółty szalik" z Januszem Gajosem.


Żółte pozdrowienia :)