Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie rodzinne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie rodzinne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 sierpnia 2024

Kalendarz Dobrych Chwil (34)


 Podczas porządków w garażu, którymi zajmowałam się w tym tygodniu znalazłam dwie paczki moich szkolnych zeszytów. Przeglądanie ich, również w towarzystwie brata i jego rodziny (nastoletni bratanica i bratanek) oraz wspominanie lat  edukacji to były dobre chwile. 
Kiedyś wszystkie zeszyty miały niebieskie, a te grubsze, szarobrązowe okładki. Żeby nie wyglądały tak jednostajnie można było coś na okładce narysować (smerf z szablonu dołączanego do Nutelli przysyłanej z Niemiec) lub zeszyt obłożyć. Czasami udawało się kupić specjalny papier okładkowy z miejscem na podpis (jednego roku były to niebiesko-zielone kółka na żółtym tle, innego ryby słodkowodne, jeszcze innego scenki ze smerfami), a czasami musiał wystarczyć zwykły papier pakowy. Można też było wykorzystać kartki ze starych kalendarzy. Szczególnie lubiłam dostępne na przełomie lat 80-tych i 90-tych misyjne kalendarze Werbistów. Były w nich piękne zdjęcia krajobrazów lub roślin (vide kwitnąca jabłoń). 
Wśród zeszytów, które zostawiłam sobie na pamiątkę dwa zasługują na szczególną uwagę (wcale nie te do polskiego otwarte by porównać zeszyt pierwszo- i ósmoklasistki). 
Pierwszy to  historyczny zeszyt do WOS-u z ósmej klasy, którą rozpoczynałam w 1989 roku jeszcze w PRL-u, a kończyłam w roku 90. już w RP. W październiku poznawaliśmy jeszcze strukturę PZPR, która wkrótce została rozwiązana, a w maju rozmawialiśmy o nowych władzach samorządu lokalnego wybieranych już w innej rzeczywistości. Nie zazdroszczę nauczycielce tego przedmiotu, która musiała zupełnie zmienić dotychczas przekazywane treści. 
Drugi ciekawy zeszyt, to ten do P.O. (jak to wytłumaczył mój brat swoim dzieciom dzisiejsze EDB). Na okładce widnieje imię i nazwisko mojego brata, ale w środku są moje notatki (niektóre dość kuriozalne np. wśród zasad BHP przy posługiwaniu się KBKS-em pod numerem 12 widnieje: "Nie gryźć kolby ze zdenerwowania" - radosna twórczość kolegów i koleżanek z klasy). Okazuje się, że mój brat korzystał z mojego zeszytu uzupełniając tu i ówdzie zapisy. Godna pochwały oszczędność papieru;)
Niedzielne pozdrowienia :)

czwartek, 15 sierpnia 2024

Złote i srebrne

Moi Rodzice obchodzili w tym roku Złote Gody. Za względu na stan zdrowia Mamy żadna większa impreza nie wchodziła w grę. Chciałam jednak jakoś zaakcentować ten jubileusz i zorganizować dwa kameralne spotkania dla najbliższej rodziny. Okazało się, i to w ostatniej chwili, że nawet te dwa spotkania to za dużo. Mimo wszystko pewne przygotowania zostały poczynione i pozostały pamiątki. Jedną z nich jest ozdobna kartka formatu A4 w tonacji złotej z "50", żeby było wiadomo, o jaką rocznicę chodzi.

Był też, prezentowany już w Kalendarzu Dobrych Chwil, stół ze złotymi akcentami nakryty do obiadu.

Były stroje ślubne sprzed pięćdziesięciu lat, odświeżone i wywietrzone, wiszące na specjalnych wieszakach.

Był bukiet z czerwonych i żółtych gerber, przypominający ten, który miała panna młoda.

I była przede wszystkim wdzięczność za te wszystkie wspólne lata.

Były też wspomnienia sprzed lat dziesięciu, kiedy to Rodzice świętowali 40-lecie. Wtedy udało się zebrać całą trzypokoleniową rodzinę i spore grono przyjaciół. Byliśmy zadowoleni, że zdecydowaliśmy się wówczas na tak huczne obchody. Dziś nie byłoby to możliwe.

Dzisiaj z kolei 25-lecie ślubu świętują nasi Przyjaciele. Dla nich kartka w podobnym stylu, ale oczywiście w tonacji srebrnej.

Wszystkiego, co najlepsze, kochani T. i J.! Kolejnych pięknych 25 lat!

Złoto-srebrne pozdrowienia ;)

środa, 30 listopada 2016

Historia przedmiotu (11)

Przez długie lata służyła w kancelarii parafii pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego w Rudzie Śląskiej. Jest pamiątką po "Wujku z Kłodnicy", Bracie mojej Babci, długoletnim proboszczu i budowniczym kościoła w tejże parafii.  Maszyna do pisania firmy Remington.


Listopad sprzyja refleksjom i wspomnieniom. Stają nam przed oczami Bliscy, którzy już przeszli na drugą stronę życia. Żyją w naszej pamięci i od czasu do czasu warto sobie przypomnieć, kim byli i jak żyli.
Ks. Henryk Mazurek urodził się 30. maja 1910 r. w Dąbrówce Małej. Miał dwie siostry, młodsza z nich była moją Babcią. Byli ze sobą blisko związani. Babcia zawsze mówiła o swoim bracie z wielką czułością, ale zarazem szacunkiem. Wspominała, że już w dzieciństwie chciał zostać kapłanem, bawił się w odprawianie mszy św., a z jednej z pielgrzymek do Piekar Śląskich przywiózł sobie mały krzyżyk i dwa świeczniki. Ukończył Gimnazjum w Katowicach, gdzie zdał maturę, a następnie rozpoczął studia w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął 24. czerwca 1934 r. Mszę św. prymicyjną odprawił w swojej rodzinnej parafii św. Antoniego w Dąbrówce Małej (obecnie dzielnica Katowic). W albumie rodzinnym jest zdjęcie z tej uroczystości.


Są na nim moi pradziadkowie po kądzieli (po obu stronach siedzącego w środku pierwszego rzędu prymicjanta), siedząca obok swojej córki moja praprababcia, a także obie moje babcie (tuż nad prymicjantem) i obaj dziadkowie (po lewej stronie obok okna dwóch panów w okularach, jeden nad drugim). Udało mi się pewnego jesiennego popołudnia siąść z moją już wówczas ponad dziewięćdziesięcioletnią babcią i spisać imiona i nazwiska osób znajdujących się na tej fotografii. Nie wszystkie udało się babci przywołać z otchłani pamięci, ale sporo zanotowałam. Wśród zaproszonych księży był również wyświęcony trzy lata wcześniej ksiądz Józef Gawor, brat mojego dziadka po mieczu. Jego zdjęcie prymicyjne zostało zrobione dokładnie w tym samym miejscu:


Tu dla odmiany, oprócz mojego pradziadka po mieczu, nie ma nikogo z najbliższej rodziny. Prababcia już wówczas nie żyła, a mój dziadek, brat prymicjanta wymknął się na pobliską pocztę, gdzie pracowała niejaka Łucja, moja przyszła babcia :)
W dzieciństwie wydawało mi się oczywistością, że wśród krewnych jest ksiądz, a nawet dwóch. Teraz patrzę na to w kategoriach wielkiej łaski, którą nasza rodzina została obdarowana. 
Postać księdza Gawora warta jest osobnego wpisu i kiedyś z pewnością taki powstanie, a na razie wróćmy do księdza Mazurka i jego maszyny do pisania. 
Kiedy ją kupił nie wiem, ale przypuszczam, że było to jeszcze w latach 30-tych i wiązało się z koniecznością wypełniania parafialnych dokumentów i prowadzenia różnorakiej korespondencji. Porównując rękopis wujka z rękopisem mojego dziadka, stwierdzam, że również dawniej, nie wszyscy celowali w kaligrafii ;) Może dlatego wujek sprawił sobie maszynę? Jak na owe czasy musiał to być model nowoczesny. Mimo wykonania w Nowym Yorku (tak przynajmniej wynika z napisu) miała polskie litery, a poszczególne "klawisze funkcyjne" zostały opatrzone uroczymi nazwami "cofacz", "przesuwacz" i "trzymacz".





Na zdjęciach wyraźnie widać, że maszyna była intensywnie eksploatowana, bo na przykład litera A jest prawie niewidoczna. 
Pamiętam dokładnie kancelarię parafialną w Kłodnicy z jej ogromnym biurkiem i mniejszym stolikiem obok, na którym stała maszyna. Podczas większych uroczystości, takich jak odpust parafialny, czy urodziny Wujka, otwierało się szerokie, dwuskrzydłowe drzwi łączące kancelarię z jadalnią, rozsuwało ogromny stół, przedłużało go dodatkowym blatem i wtedy mogło do niego usiąść chyba z trzydzieści osób. 
Moja mama w dzieciństwie spędzała u Wujka i u swojej babci, która mieszkała z synem, wakacje. Zjeżdżało się całe kuzynostwo i całymi dniami wesoło bawiło, pomagając także w obejściu, w którym były kury, kaczki, gęsi,  indyki, barany (pewnego dnia pędzone przez kuzynów z pastwiska zapędziły się aż do kościoła :). Mamine opowieści tak mnie fascynowały, że też bardzo chciałam zakosztować podobnych wakacji. Raz czy dwa razy się udało. Wspominam to z wielkim sentymentem. 
Wujek odszedł do Pana Boga w "Białą Niedzielę" 1994 roku. 48 lat wcześniej, również w "Białą Niedzielę", rozpoczynał posługę w kłodnickiej wspólnocie. Po jego śmierci przedmioty, których używał trafiły jako pamiątki po nim do rąk siostrzeńców. Mojej mamie przypadła w udziale maszyna do pisania. Był to już drugi tego typu prezent. Pierwszą dostała, gdy zdała maturę. Wujek kupił sobie wtedy nowocześniejszy model, ale stwierdził, że podaruje go swojej siostrzenicy, a sam będzie dalej stukał na wiekowym Remingtonie. Cały Wujek! Zawsze szczodrze wszystkich obdarowywał.

 
Obecnie maszyna stoi na szafie, w niezbyt reprezentacyjnym miejscu. Moim marzeniem jest przestronna biblioteka, z szafami pełnymi książek i pięknym starym biurkiem, na którym maszyna znalazłaby godne siebie miejsce. W tej bibliotece mógłby również być kominek, na którego gzymsie leżałby knotownik, zapałczane etui i gasidełko. :)


Prawdę powiedziawszy w planach był trochę inny odcinek "Historii przedmiotu". Do zmiany koncepcji skłoniło mnie przeglądanie starych rodzinnych fotografii. Chciałam się włączyć w tworzenie Listopadowego albumu przodków. Przy okazji bardzo serdecznie pozdrawiam Autorkę tego przedsięwzięcia i wszystkich, którzy zaglądnęli tu dzięki stronie Emilii.

Kolejny odcinek cyklu planowany był dawno. Przedmiot, który się w nim pojawi widnieje na zdjęciu w jednym z listopadowych wpisów. Nie było ich dużo, więc chyba nietrudno będzie zgadnąć, o czym opowiem.
Jesiennie zadumana pozdrawiam :)

piątek, 30 września 2016

Historia przedmiotu (9)

Stał od zawsze na Babcinej toaletce, jedna z pięciu części toaletkowego kompletu. Flakon na wodę kolońską. Brawa dla Joanny z "Pod rodzinnym dachem"!


W pamiętnym roku 1938 oprócz jadalni Dziadkowie obstalowali również garnitur mebli sypialnianych. Oba komplety zostały zamówione w szanowanej firmie "Szelenc-Spałek" w Szopienicach i dostarczone do nowo urządzanego mieszkania. Zachował się w rodzinnym archiwum odpis zamówienia. 


Znamienne jest, że wystawiono je na nazwisko (jeszcze panieńskie) Babci, u dołu zaś widnieje podpis Dziadka, gdyż to on płacił za meble. Ukłon w stronę narzeczonej jako decydującej w sprawie rodzaju i wyglądu mebli?
Pierwszą pozycją owego zamówienia jest:
"komplet sypialnia szara kolor myszkowy SZw (skrót od nazwy modelu?) składająca się z szafy - 1 para łóżek - 1 para spirali - 1 para stolików nocnych - 1 komoda tualeta z 3-ma lustrami - 1 stolik okrągły - 2 krzesła wyściełane - 1 gondolka - 1 para materac ind. damast według próbki na wacie 2 kołdry /brokat zielony/"
Komplet przetrwał do dziś z wyjątkiem spirali, materacy i kołder. Poszczególne jego elementy obecnie prezentują się następująco:

Szafa czterodrzwiowa


Łóżka ze stolikami nocnymi
 
Komoda tualeta z gondolką

Stolik okrągły z dwoma krzesłami

Obicia krzeseł i gondolki były już oczywiście zmieniane, oryginalna jest za to kapa na łóżka. Na atłasowym zielonym spodzie (tego niestety brak) rozkładało się kapę właściwą z cieniutkiej organdyny ozdobioną mereżkami i tzw. "filerowanymi" wstawkami.

Kapa w całości
Motyw środkowy
Motyw narożny
Wykończenia boczne

Wróćmy jednak do głównego bohatera dzisiejszego odcinka "Historii przedmiotu". Obowiązkowym uzupełnieniem toaletki był komplet szklanych pojemników. Poszczególne jego elementy stały na dopasowanych kształtem serwetkach z tego samego materiału co kapa (niestety podarły się znacznie szybciej i nie dotrwały do dzisiejszych czasów) i służyły do przechowywania kosmetyków, spinek, grzebieni itd. Moja druga Babcia miała podobny, tyle, że różowy, dopasowany kolorystycznie do obić sypialnianych krzeseł.


Od prawej:
- puzderko na np. biżuterię; kiedyś posiadało przykrywkę, obecnie stoi do góry dnem.



- korytko krótkie; Babcia trzymała w nim spinki


- flakon na wodę kolońską, główny bohater dzisiejszej opowieści; w czasach świetności do zatyczki przymocowany był gumowy wężyk zakończony obszydełkowaną gumową gruszką, za pomocą której rozpylało się lekką mgiełkę wody kolońskiej



- korytko długie; tu leżały grzebienie


- flakon na perfumy; z dzieciństwa pamiętam jeszcze szklaną zatyczkę w kształcie muszli, jej końcówką nakładało się kropelkę perfum za ucho.


Cały komplet zawsze bardzo mi się podobał. Jako mała dziewczynka lubiłam siadać na gondolce (dopiero z zamówienia dowiedziałam się, że tak się ów mebel nazywa), narzucać na ramiona babciną pelerynkę do czesania (też zieloną, pod kolor szkła), udawać, że się perfumuję, składać boczne skrzydła lustra i zaglądać w głąb, by zobaczyć niekończący się szereg jednakowych małych dziewczynek. Było w tym coś magicznego.

Na zdjęciu niekończący się szereg zielonych szklanych flakonów

Komplet podoba się również kolejnemu pokoleniu. Moja Bratanica używała go do robienia zapiekanek z klamerek do bielizny, które wstawiała następnie pod toaletkę, do piekarnika i po wyjęciu częstowała wszystkich członków rodziny.
Na wszystko to patrzy ze zdjęcia roześmiana, młoda Dziewczyna w ludowym stroju.


Zdjęcie to zostało zrobione mniej więcej w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku w Jaworzu. Uśmiechnięta Dziewczyna została potem Żoną mojego Dziadka, Mamą mojej Mamy, moją Babcią i Prababcią mojej Bratanicy. Odeszła sześć lat temu we wrześniu przeżywszy ponad 95 lat. W młodości wiele szydełkowała, haftowała, szyła. To pewnie po niej mam zamiłowanie do wszelkich ręcznych robótek.

Kolejnym zdjęciem zapraszam na kolejny odcinek "Historii przedmiotu".




Tym razem wybierzemy się w daleką podróż. Zgadnijcie dokąd.

Dziękuję, że czytacie moje opowieści i serdecznie pozdrawiam :)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Historia przedmiotu (8)

Dzisiaj obchodzi swoje 78. urodziny, moja Babcia dostała go w prezencie ślubnym od mojej drugiej Babci. Zestaw do zmiatania okruszków ze stołu.

 

Dokładnie 78 lat temu, 23 sierpnia 1938 roku moi Dziadkowie ze strony Mamy pobrali się. Ich duże zdjęcie ślubne wisiało od zawsze na ścianie babcinej sypialni i wisi tam do dziś. Kilka tygodni po uroczystości, przechodząc obok zakładu fotograficznego, ze zdumieniem ujrzeli swój powiększony, oprawiony w złoconą ramkę portret w witrynie. Widocznie fotografowi tak się spodobał, że chciał z niego zrobić reklamę atelier. Dziadek natychmiast go kupił i powiesił na ścianie. W albumie rodzinnym są też inne ujęcia, ale trzeba obiektywnie stwierdzić, że to jest najładniejsze.


Być może zaskakująca jest druga informacja o "okruszkowym zestawie". Tak, moje obie Babcie, a także Dziadkowie znali się w młodości. Razem śpiewali w dwóch chórach (kościelnym i świeckim - próby po dwa razy w tygodniu, tak więc cztery popołudnia spędzali ćwicząc), jeździli na wycieczki (pamiętny  wyjazd w Beskidy, który obie Babcie wspominały z wielkim sentymentem), spędzali w wesołym gronie rówieśników każdą wolną chwilę. Babcia ze strony Taty powiedziała mi kiedyś, że o ile podczas wojny, z małymi wtedy dziećmi nieraz przeżywała chwile grozy, a potem życie nie szczędziło jej trudów i problemów, to wspomnienia z wczesnej młodości ma piękne i w ciężkich momentach lubiła do nich wracać. 
Na skutek różnych zbiegów okoliczności Ofiarodawczyni przedstawionego prezentu, już wtedy Mężatka i Mama malutkiego synka, nie mogła uczestniczyć w uroczystości ślubnej swojej Przyjaciółki, przesłała jej jednak upominek. Bardzo praktyczny. Gdy są goście i trzeba zmienić zastawę, nie jest konieczne zdejmowanie całego obrusa w celu wytrzepania okruszków. Wystarczy sięgnąć po wiszący na ścianie w przedpokoju zestaw i problem z głowy. Miotełka jest idealnie wyprofilowana, włosie miękkie, świetnie się nim zmiata wszelkie resztki ciastek. 

 
Potem drogi życiowe obu moich Babć rozeszły się, moi Rodzice w dzieciństwie się nie znali. Spotkali się jako dojrzali już ludzie, zakochali w sobie i po niecałym roku znajomości pobrali. Obie Mamy były szczęśliwe, że będą miały teraz okazję do częstszego  wspominania pięknej młodości. Obie żyły ponad 90 lat, więc trochę tych okazji było.
Ale wróćmy do roku 1938. 
Po ślubie Dziadkowie urządzali swoje pierwsze mieszkanie. Wtedy to pojawił się nasz rodzinny stół i wiele innych przedmiotów, na przykład serwis kawowy z porcelany ćmielowskiej na dwanaście osób, w którym do dzisiaj brakuje tylko jednej filiżanki. Została ona stłuczona w pierwszego Sylwestra przez dziewczynę, która pomagała mojej Babci w jego zorganizowaniu. 




Na stole w jadalni leżał koronkowy obrus wyszydełkowany przez moją Babcię za czasów panieńskich. Nie, to nie ten widoczny na zdjęciu. Ten przedwojenny podarł się, gdy podczas jakiegoś przyjęcia rozlała się kawa i niewprawne męskie ręce zaczęły go na szybko wykręcać, zamiast delikatnie wycisnąć :) Cudo, które obecnie leży na stole zostało wyszydełkowane przez moją Ciocię, kuzynkę mojego Taty. Nieodmiennie zachwycam się precyzją wykonania i urodą tego modelu. 


Do jadalnianego kompletu mebli, oprócz stołu należy jeszcze sześć krzeseł (dokładnie takie same miała pani Maria Kuncewiczowa w swojej kazimierskiej "Kuncewiczówce"), tzw. "pomocnik" - dzisiaj powiedzielibyśmy komoda i kredens. 



 Oba te meble służą do przechowywania porcelany, obrusów, a także rozmaitych bibelotów nagromadzonych przez lata. Są wśród nich drobiazgi, które fascynowały mnie od wczesnego dzieciństwa np. taka oto kiczowata, ale jednocześnie w pewien sposób urocza zatyczka do butelki z winem. 

Obtłuczony nosek został pieczołowicie przyklejony

Albo zawieszki na szklanki, żeby podczas przyjęcia odróżnić swoją od pozostałych.


A co powiecie na takie urokliwe porcelanowe kurki, też już trochę poobtłukiwane, dlatego raczej leżące niż stojące.


Nie mówiąc już o dwóch kompletach prześlicznych szklanek z cieniutkiego szkła, w metalowych koszyczkach, które wyciągam tylko od wielkiego dzwonu. 




Konfiguracja drobiazgów za szybkami kredensu zmienia się, przybywają nowe, mające swoją własną historię. Może za kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat kolejne pokolenia będą się nimi interesowały.

Za miesiąc chcę wrócić jeszcze do drobiazgów mojej Babci. Na przykład do takiego:



Kto zgadnie do czego służył?

Pozdrawiam u kresu wakacji :)